Mężczyźni którzy nie potrafią dochować wierności

W krotce po rozstaniu z moim pierwszym mężem poznałam mężczyznę, którego tutaj nazwę Lenem. Byłam wtedy naiwna, podobnie jak wiele rozwódek, które zostawiły za sobą wieloletni związek. Moje doświadczenia ograniczały się do mego męża – którego, mimo że nie zawsze układało nam się najlepiej, zasad­niczo należało zaliczyć do godnych zaufania, lojalnych męż­czyzn – kilku dość luźnych znajomości i paru poważnych konkurentów z czasów przedmałżeńskich. Nigdy nie zetknęłam się z kimś takim jak Len.

Okoliczności, w jakich go poznałam, dziś stanowiłyby dla mnie pierwsze ostrzeżenie. Zjawił się w moim życiu w czasie bożonaro­dzeniowego przyjęcia wydanego przez organizację, do której należałam. Przyszedł z przyjaciółką. Towarzyszył kobiecie, którą znałam od lat. Wydał mi się przystojny i pociągający. Miał twarz o wyrazistych rysach, gęste, szpakowate włosy, wysoką, szczupłą sylwetkę. Gawędziliśmy mile. Nie ukrywał zainteresowania moją osobą. Flirtowałam, choć równocześnie miałam wewnętrzne opory. W końcu był tu z inną a ja nie zamierzałam wchodzić między nich. Gdy nadeszła pora kolacji, usiadł koło tamtej, mówiąc, że chciałby ze mną zatańczyć, gdy zaczną się tańce.

Tymczasem ja opuściłam przyjęcie, nim orkiestra zdążyła zagrać pierwszy utwór. Inny mężczyzna, który siedział przy moim stoliku, zaprosił mnie na drinka w pobliskim pubie.

Pomyślałam: Czemu nie? Zdawałam sobie sprawę, że tak zni­kając, zapewne tracę szansę na powtórne spotkanie z Lenem.

Pomyliłam się. Zadzwonił dwa dni później. Znalazł mój numer w książce telefonicznej.

-      Myślałem o tobie – powiedział.

-     A co z Lenorą? – spytałam, mając na myśli kobietę, z którą zjawił się na przyjęciu.

-     Och, to bez znaczenia. To zwykła przyjaźń. Znamy się od lat. Ilekroć Lenora pragnie pokazać się w męskim towarzystwie, dzwoni do mnie. Tak samo robię ja: jeśli zostaję zaproszony, a gospodarze liczą że pojawię się z kobietą, dzwonię do niej. To wygodny układ, żaden romans – zapewnił.

Wtedy jeszcze nie miałam powodów wątpić. I tak zaczęliśmy się spotykać. Len okazał się bardzo interesujący, zasypywał mnie komplementami. Twierdził, że jestem osobą błyskotliwą i cieszy się, że może ze mną rozmawiać na poważne tematy, a ja rozumiem go przy tym jak nikt. Na trzeciej randce spytał, czy miałabym ochotę na nawiązanie z nim, jak to określił: ?związ­ku”. Zakładałam, że ma na myśli coś więcej niż spanie ze sobą.

-      Interesuje mnie tylko głębszy związek – wyjaśniłam. – Jeśli regularnie spotykam się z mężczyzną oznacza to, że związałam się z nim. Gdyby to nie wypaliło, odeszłabym.

Zawahałam się. Właściwie za wcześnie było, żeby o to pytać, ale skoro sam poruszył ten temat, postanowiłam zaryzykować:

-      A ty? – spytałam. – Czy masz ochotę na związek?

Len zapewnił, że jak najbardziej.

Wspaniale! – pomyślałam.

I założyłam, że niniejszym startujemy we wspólną przy­szłość. Doskonale czuliśmy się w swoim towarzystwie, mnó­stwo nas łączyło. Okazało się, że dorastaliśmy w tej samej części Nowego Jorku. Mogliśmy podzielić się wspomnieniami – dwójka przeciętnych dzieciaków z dzielnic podmiejskich, którym udało się wylądować na Manhattanie.

Nasz problem jednak polegał nad różnicach w rozumieniu pojęć. Mówiąc o związku nie mieliśmy tego samego na myśli. Ja rozumiałam przez to, że nie mamy żadnych innych partnerów i spotykamy się ze sobą, przypatrując się sobie wzajemnie i zastanawiając się, co z tego wyniknie. Choć dopiero co wy­zwoliłam się z nieudanego małżeństwa, sama instytucja mi odpowiadała i pragnęłam pewnego dnia ponownie znaleźć się w roli żony. Len zaś, o czym szybko się przekonałam, uważał, że stworzymy związek, lecz że dla niego stanie się on jednym z wielu.

Początkowo widywaliśmy się mniej więcej dwa razy w tygo­dniu, a pod koniec każdej randki Len nie zapominał ustalić terminu następnego spotkania. Mniej więcej po czterech tygo­dniach tego ?związku” Len przestał pytać o termin kolejnego spotkania. Dzwonił codziennie, ale nie zawsze w trakcie takiej rozmowy umawiał się ze mną.

Wkrótce jednak, choć nadal regularnie dzwonił i powtarzał cudowne zapewnienia, gdy byliśmy razem, zaczął się ze mną spotykać mniej więcej raz w tygodniu – najczęściej w piątek wieczorem. Oczywiście, ciekawiło mnie, co robił w soboty. No i w pozostałe wieczory, skoro już o tym mowa. Początkowo mogłam być i naiwna, lecz z pewnością nie jestem głupia. W opowieściach Lena nieustannie pojawiały się kobiety, jego przyjaciółki. Nabrałam podejrzeń. Strasznie dużo wiedział o ko­bietach. Uznałam, że część to zapewne byłe kochanki, ale co one znaczą dla niego dzisiaj? Czy niektóre z nich to nie obecne flamy? Czy w jego życiu są inne kobiety, o których nie wspo­mina, bo z nimi też właśnie romansuje?

Czułam się zagubiona. Właściwie Len traktował mnie jak swoją dziewczynę. Nadal codziennie telefonował. Nadal obsy­pywał mnie komplementami, był pełen atencji, ale spędzał ze mną coraz mniej czasu.

Niepokój wziął górę. Nie przywykłam do takiego traktowa­nia. Z mojego dość ograniczonego doświadczenia wynikało, że mężczyzna albo cię darzy uczuciem i chce się z tobą często widywać, albo rzecz nie wypaliła i więcej się nie spotyka, lub to ja przestaję się umawiać. Nie wiedziałam, co właściwie jest grane w tej sytuacji.

Postanowiłam zdobyć się na odwagę i w czasie jednego z naszych romantycznych spotkań spytałam:

- Len, czy widujesz się z kimś jeszcze?

Nawet mu powieka nie drgnęła.

- Widuję – odparł – ale nie widzę jej teraz.

Ponieważ bardzo pragnęłam zostać uspokojona, przyjęłam to za dobrą monetę. Powiedział, że jej nie widzi. Lecz następnego dnia uświadomiłam sobie, że uraczył mnie klasycznym unikiem. Co właściwie miał na myśli, mówiąc: ?Widuję, ale nie widzę jej teraz?”

Zaczęłam wyczekiwać telefonów Lena, ale zaczął towarzy­szyć temu narastający niepokój, nie podniecenie, gdyż miałam wrażenie, że Len mnie zaniedbuje. Może nie dzwonił tak regularnie jak dawniej, ale za to przysyłał cudowne, czułe liściki. Uspokajały mnie one i przekonywały do niego. Do dziś zachowałam jeden z nich, w którym pisał, jak cudownie mu ze mną było ubiegłej nocy. Każdy, kto by to przeczytał, uznałby, że zaczyna się poważny romans.

Podejrzenia nie przestawały mnie nękać i coraz gorzej czu­łam się w tym związku, mimo że gdy byliśmy razem, nadal przeżywałam wspaniałe chwile.

Tymczasem doszło do tego, że Len spotykał się ze mną rzadziej niż raz w tygodniu, choć nadal często, jeśli nie codzien­nie, dzwonił. Bywały tygodnie, że umawialiśmy się tylko na lunch albo na drinka i wcale ze sobą nie sypialiśmy. Byłam znękana, niespokojna i coraz częściej podejrzewałam, że w jego życiu rzeczywiście pojawiły się inne kobiety.

Pewnego wieczoru Len zabrał mnie na przedstawienie gdzieś w okolicach Broadwayu, w którym grała jedna z jego ?koleża­nek”. I choć prawie przez całą sztukę mnie obejmował, czułam, że ta kobieta to może jedna z tych, które widywał, gdy się ze mną nie spotykał. A jeszcze bardziej upewniłam się w tym przekonaniu po występie, gdy z nią i jej towarzyszem oraz jeszcze jedną parą wybraliśmy się na kolację. Kiedy wychodzi­liśmy z restauracji, Len został z nią z tyłu i przez chwilę rozma­wiali na osobności. Wracaliśmy razem, wszyscy ściśnięci w ta­ksówce i – nie do wiary! – Len wysadził mnie pod domem, a sam odjechał z resztą towarzystwa.

Oprócz gniewu czułam upokorzenie całą tą sytuacją. Niepo­kój mnie nie opuszczał.

Pewnego razu w czasie piątkowej telefonicznej pogawędki, gdy Len nie zaprosił mnie ani na piątek, ani na sobotę, spytałam, co będzie robił w weekend. Odpowiedział, że wyjeżdża z ?kimś znajomym”.

-     Len – wybuchnęłam – powiedz mi prawdę. Spotykasz się z kimś innym?

-     Z nikim się teraz nie spotykam – odparł, kładąc nacisk na ?teraz”.

-     Domyślam się, że to znaczy też, że i ze mną się nie spotykasz.

Nie odpowiedział.

-     Zadzwonię w poniedziałek – rzucił beztrosko i odwiesił słuchawkę.

Wkrótce po tej rozmowie poszłam do szpitala. Czekał mnie poważny zabieg chirurgiczny. Len zadzwonił tuż po operacji, żeby się dowiedzieć, jak się czuję. Wydawał się rzeczywiście zatroskany i przejęty. Regularnie odwiedzał mnie w szpitalu. W czasie tych wizyt uświadomiłam sobie, jak strasznie zaczął mnie męczyć ten nasz cały związek. Wyobrażałam sobie, że wychodzi ode mnie i idzie do innej. Byłam osłabiona, bardziej podatna na ciosy, a ponieważ zdałam sobie sprawę, że to wcale nie wpływa dobrze na moje samopoczucie i rekonwalescencję, postanowiłam, że dłużej już tak to trwać nie może. Dwa tygodnie po wyjściu ze szpitala zadzwoniłam do Lena i zapro­siłam go na lunch. W czasie posiłku wyjaśniłam mu, że chcę zakończyć nasz związek. Nie ulegało wątpliwości, że spotyka się z inną a ja nie zamierzam tego tolerować.

-     Z pewnością masz za sobą mnóstwo podobnych rozmów – stwierdziłam w pewnym momencie, na co on uśmiechnął się porozumiewawczo, przyznając mi w ten sposób rację.

Nalegał, byśmy zostali ?przyjaciółmi”. Wyobraziłam sobie siebie jako jedną z tych ?koleżanek”, o których rozmawia z obecną swoją kochanką – lub kochankami. Odmówiłam.

Parę miesięcy później, w okolicach Bożego Narodzenia, do­stałam od niego kartkę.

?Teraz, gdy już upłynęło trochę czasu, a ból i uraza zniknęły, może jednak zostaniemy przyjaciółmi” – nabazgrał.

Nie odpowiedziałam.

Po kilku miesiącach poznałam przypadkowo kobietę, która, jak się okazało, też była z nim związana. (W ciągu następnych lat spotkałam mnóstwo jego byłych kochanek.) Aż do tamtej pory nie zdawałam sobie sprawy z rozmiarów działalności Lena. Tamta kobieta mnie uświadomiła. Była z nim o wiele dłużej, ponad trzy lata. Mój związek z Lenem wytrzymał niewiele ponad pół roku.

Kiedy mówiła o Lenie, widziałam wyraźnie, że nie doszła całkiem do siebie po tamtym bolesnym doświadczeniu, choć minęło już wiele lat. Opowiadała, jak Len nieustannie podrywał kobiety na ulicach, w muzeach, wszędzie, gdzie się znalazł. Ciągle ją oszukiwał. Kiedyś przyniósł nawet wszy łonowe, które złapał od innej. Nawet wtedy z zimną krwią kłamał, twierdząc, że oblazły go, gdy siedział na plaży. Pociągający, a nieznośny – westchnęłyśmy obie na zakończenie naszej rozmowy o Lenie.

Po paru latach natknęłam się na niego przypadkowo. Byłam z moim drugim mężem. Ponieważ romans z Lenem skończył się już tak dawno, zapomniałam już o upokorzeniu i nie czułam urazy. Przywitałam go niemal serdecznie i okazałam mu coś w rodzaju sympatii. W końcu nie był aż taki okropny. Nadal był miły, inteligentny, a w dodatku rzeczywiście okazało się, że można na nim polegać. Przez wiele lat stanowił ostoję dla swej chorej byłej dziewczyny. Przekomarzałam się, twierdząc, że to może właśnie on stał się przyczyną jej choroby. Prawdę mówiąc, Len to złożona osobowość, podobnie jak wielu innych męż­czyzn, którzy nie potrafią dochować wierności. Nie taki znowu zły, ale lepiej go omijać.

Len był pierwszym tego typu mężczyzną na jakiego natknę­łam się po rozpadzie pierwszego małżeństwa, ale na pewno nie ostatnim. Drugim okazał się Dan, który oszukiwał mnie od chwi­li, gdy się poznaliśmy na jakimś spotkaniu przedwyborczym. Natychmiast do mnie podszedł. W dwie minuty po tym, jak nas sobie przedstawiono, zaprosił mnie na kolację po imprezie. Wyjaśniłam, że jestem już tego wieczoru zajęta. Chciał mi towarzyszyć. Powiedziałam, że to niemożliwe: gospodarz nie jest przygotowany na nie proszonych gości. Wtedy zaczął nalegać, bym umówiła się z nim na drinka po przyjęciu. Był przystojnym, dystyngowanym, dobrze ubranym mężczyzną, w dodatku bardzo elokwentnym. Obracał się w wyszukanym towarzystwie. Uznałam, że jest wart zachodu, i umówiłam się na drinka późnym wieczorem, co stało się początkiem dzie­więciomiesięcznego romansu. Znacznie, znacznie później do­wiedziałam się, że kiedy wyszłam z tamtego spotkania na przyjęcie, Dan zagadnął inną kobietę; tę udało mu się namówić, by do niego przyszła. W czasie, gdy ja siedziałam przy stole z przyjaciółmi, on był z nią w łóżku, ale pozbył się jej i stawił na czas w umówionym miejscu.

W przeciwieństwie do Lena Dan chciał się ze mną ciągle widywać. Od początku spędzaliśmy wspólnie całe weekendy – rozstawaliśmy się w niedzielę po południu – a także noce w cią­gu tygodnia. Później okazało się, że często bywał umówiony na niedzielne wieczory już po moim wyjściu, a choć spędzaliśmy wspólnie tyle czasu, nadal podrywał inne kobiety przy różnych okazjach – na otwarciu jakiejś wystawy czy na przyjęciu. Przespał się z nimi raz, dwa razy czy trzy, a potem rzucał. Mnie uznawał za swoją ?główną flamę” i na swój sposób był mi wierny; związki z innymi kobietami – potrzebne mu jak powie­trze – ograniczał do przygód na jedną noc lub najwyżej kilku spotkań.

Od początku miałam co do Dana pewne podejrzenia – Len mnie na to uczulił. Podobnie jak u Lena, w świecie Dana roiło się od kobiet. Na ścianach jego salonu wisiały fotografie byłych kochanek z czułymi dedykacjami. Kiedy poprosił mnie o zdję­cie, odmówiłam. Nie chciałam powiększyć tej kolekcji.

Kiedy szliśmy razem Madison Avenue, ciągle spotykaliśmy atrakcyjne kobiety – jego znajome. Opowiadał to o jednej swej byłej dziewczynie, to o drugiej. Chwila prawdy jednak nadeszła pewnego dnia, kiedy musiałam od niego zadzwonić. Przeszłam do gabinetu i przy telefonie zobaczyłam otwarty notes. W każ­dym tygodniu obok mojego imienia widniały czyjeś inicjały, a przy nich kółka. Nie zdołałam powstrzymać ciekawości i za­częłam przerzucać stronę po stronie. Inicjały i kółka pojawiały się regularnie. Uznałam, że mogą one oznaczać, ile razy kochał się z dziewczyną ukrytą pod inicjałami. Czasem kółko było jedno, czasem dwa, czasem trzy – w tym wypadku pojawiał się po nich wykrzyknik. Nie byłam pewna, czy słusznie się domy­śliłam, ale instynkt podpowiadał, że stanowiły one jakąś punkta­cję seksualną.

Kiedy wróciłam do salonu, Dan od razu zauważył, że jestem czymś wstrząśnięta. Spytał, co się stało. Powiedziałam, co odkryłam w jego notesie. Jedno trzeba mu przyznać: nie próbo­wał kłamać. Nie myliłam się. To był kod seksualny: rejestr jego przypadkowych podrywów. Przyznał się do wszystkiego. Nasz związek się rozpadł.

Kiedy rozstałam się z Danem, uświadomiłam sobie, że te moje dwa doświadczenia nie stanowią pojedynczych wypadków czy wyjątku od reguł obowiązujących w stosunkach damsko- -męskich: we współczesnym świecie roi się od mężczyzn, którzy nie potrafią dochować wierności.

Przez te lata nie tylko na własnej skórze, ale też pracując jako psycholog przekonałam się, jak bardzo powszechny stał się problem niewierności i jak wiele kobiet cierpi z tego powo­du. Kwestię tę poruszałam już w niektórych moich innych blogach, zwłaszcza w The Love Crisis, ale również i w Is There Sex After Marriage? Od czytelniczek otrzymałam wiele listów. Byłam poruszona opowieściami o  niewiernych partnerach. Po wszystkich moich wykładach niczym bumerang wracały pytania na temat niewierności. Wi­działam cierpienie na twarzach tych kobiet. A w czasie spotkań z osobami borykającymi się z problemami małżeńskimi styka­łam się z zagubionymi kobietami uwikłanymi w związki ze zdradzającymi je mężami czy z niewiernymi kochankami. No i napływające nieustannie do pisma, w którym prowadzę rubry­kę porad, sterty listów ciągle przypominają mi o powszechno­ści męskiej zdrady i udrękach, jakie przechodzą z tego powodu kobiety. Wiele tych listów pochodzi od kobiet zranionych, oszołomionych i do głębi wstrząśniętych niewiernością swych partnerów.

I w końcu nadszedł moment, gdy uznałam, że ten budzący tyle emocji problem zasługuje na opisanie tego. Rozmawia­łam z całą rzeszą kobiet, które były nie tylko zdruzgotane, ale i rozpaczliwie szukały pomocy, nie umiejąc sobie poradzić z niewiernością mężczyzny.

Skoro sięgnęłaś po tę książkę, domyślam się, że i ty do nich należysz. Postanowiłam napisać o ?mężczyznach, którzy nie potrafią dochować wierności”, by wyjaśnić ci, dlaczego w ogóle zdradzają i jak możesz sobie poradzić, kiedy ich niewierność rujnuje ci życie.

Wykorzystałam historie z mego osobistego i zawodowego ży­cia, zaczerpnęłam je z listów do mnie napisanych; opierałam się także na opracowaniach naukowych, badaniach i opiniach najle­pszych doradców małżeńskich oraz seksuologów zajmujących się kwestią niewierności. Najważniejsze jednak okazały się i najwięcej wniosły do tej książki moje rozmowy z odważnymi siedemdzie­sięcioma sześcioma mężczyznami oraz kobietami, którzy opowie­dzieli mi, co to znaczy zdradzać i być zdradzanym.

Oczywiście, w naszym społeczeństwie utrwalił się stereotyp, że jeśli niewierny, to małżonek. I właśnie niewiernych małżon­ków dotyczy ta książka, a została napisana dla żon, które muszą sobie radzić z ich zdradami. Wierności także często nie potrafią dochować kawalerowie, toteż piszę również dla kobiet, które nie są mężatkami.

Niewierność wśród osób stanu wolnego nie wywołuje tyle emocji. Dlatego też brak statystyk na ten temat, lecz – sądząc po skargach niezamężnych kobiet, a także danych przekazanych mi przez terapeutów – mnóstwo kawalerów dopuszcza się zdrady.

Więcej informacji posiadamy na temat pozamałżeńskich sto­sunków mężów. W 1948 roku Alfred Kinsey zdumiał świat, donosząc, że 50 procent amerykańskich mężów nie dochowało wierności żonom. Późniejsze badania wykazały, że ten procent wzrasta. Na przykład doktor Bernard Green na podstawie 750 rozmów z żonatymi mężczyznami stwierdził, że 60 procent jego pacjentów zdradziło żony. Shere Hite, badająca zjawisko seksu­alności u mężczyzn, oświadczyła, że z 7239 ankietowanych, żonatych od co najmniej dwóch lat, 72 procent było wiaroło­mnych.

Prawdopodobnie na wzrost niewierności ma wpływ wiek oraz sytuacja materialna. Obecnie częściej niż dawniej wiarołomstwa dopuszczają się młodzi małżonkowie, a wraz z prze­kroczeniem dochodu 60 tysięcy dolarów rocznie liczba niewier­nych natychmiast podskakuje do 70 procent.

70 procent z 4066 Amerykanów poniżej czterdziestki, prze­badanych przez doktora Anthony’ego Pietropina i Jacqueline Simenauer, stwierdziło, że nie wykluczają związku pozamałżeńskiego.

Badania wykazują ścisłą zależność między swobodą seksual­ną danej osoby jeszcze w stanie wolnym a późniejszym dopusz­czaniem się przez nią zdrady małżeńskiej. Dlatego też – biorąc pod uwagę rozluźnienie obyczajów oraz moralności seksualnej, z jakimi mamy ostatnio do czynienia, a także wyniki najno­wszych badań – możemy spokojnie założyć, że 50 procent, jak podaje Kinsey, już dawno przestało odpowiadać rzeczywistości.

Osobiście skłaniam się raczej ku danym ogłoszonym przez dwóch godnych zaufania seksuologów. Doktor Paul Gebhard, jeden ze współautorów raportu Kinseya, szacował, że około sześćdziesięciu procent mężów dopuszcza się wiarołomstwa. Wardell Pomeroy, inny współpracownik Kinseya, rozszerza ten próg do 60-65 procent.

Oznacza to, że większość żon – co najmniej 35 milionów kobiet – w pewnym momencie swego życia stanie wobec owego straszliwego faktu zdrady. A niektóre z nich przeżyją to więcej niż raz. Badania wykazują, że mężczyźni coraz częściej zdra­dzają żony z więcej niż jedną kochanką.

Dane dotyczące zdrady nie obejmują oczywiście dodatko­wych milionów spośród 41 milionów kobiet stanu wolnego, które również borykają się z problemem niewierności swych partnerów.

Pewnym wskaźnikiem zasięgu tego problemu w środowisku osób stanu wolnego może być opracowanie Jacqueline Simenauer oraz Davida Carolla Singlesa: The New Americans. Jedna osoba na cztery – z czego ponad dwa razy więcej mężczyzn niż kobiet – przedkładała nad wierność seks z wieloma partnerami. Simenauer i Caroll stwierdzili też, że kobiety stanu wolnego miały o wiele mniej partnerów seksualnych niż mężczyźni – u kobiet liczba ta wahała się średnio od jednego do dziewięciu kochanków. 20 procent kawalerów miało od dwudziestu do czterdziestu dzie­więciu kochanek, podczas gdy jeden na dziesięciu twierdzi, jakoby zaliczył ich ponad sto. ?Mimo wyzwolenia seksualnego – podsumowują autorzy – kobiety nadal mają znacznie większe opory w szukaniu licznych partnerów seksualnych”. Najnowsze badania przeprowadzone przez Gary’ego Hansena wśród stu­dentów college’u, a opublikowane w Archives of Sexual Beha­vior, wykazały, że 70 procent badanych młodych mężczyzn miało stosunki nie tylko ze swymi stałymi dziewczynami i nie­zbyt ostro wyrażali się przeciwko niemonogamicznym związ­kom. (Żeńska część badanych zdecydowanie była przeciwna takim związkom.)

Kochankowie, którzy mieszkają ze swoimi partnerkami i dla­tego nie kwalifikują się ani do kategorii mężów, ani kawalerów, są również licznie reprezentowani w grupie niewiernych partne­rów. Simenauer i Caroll stwierdzili, że wśród mężczyzn stanu wolnego, którzy zamieszkują ze swoimi partnerkami, jest dwa razy tyle zwolenników swobodnego seksu i przygód na jedną noc niż wśród kawalerów mieszkających samotnie.

Phillip Blumstein i Pepper Schwartz w opracowaniu zatytu­łowanym American Couples zauważyli, że jedna trzecia z prze­badanych mężczyzn dopuszczała się wiarołomstwa. 64 procent dopuszczało się go wielokrotnie, a prawie połowa przyznała, że miała od dwóch do pięciu partnerek. Mniejszość owych miesz­kających z partnerkami kochanków absolutnie nie dochowywała wierności. W tym samym opracowaniu, którym objęto również małżeństwa, mówi się, że jeszcze więcej mężów (71 procent) regularnie zdradzało małżonki: 42 procent miało na swoim koncie od dwóch do pięciu przygód pozamałżeńskich; 22 pro­cent uprawiało seks z ponad sześcioma (do dwudziestu) kobie­tami.

Wniosek z tych oraz innych badań i opracowywanych od lat danych statystycznych nasuwa się jeden: mężczyźni jako tacy nie tylko częściej niż kobiety dopuszczają się niewierności, ale też i zdradzają z większą liczbą partnerek.