Nałogowcy

Czerwiec, piątek, dochodziła piąta po południu. Bert właśnie wybierał się na wieś, do domu, który wynajmował na lato. W plastykowej torebce wiózł prezenty dla dwójki swych dzieci: ośmio- i sześciolatka. Za półtorej godziny pociąg zatrzy­ma się na stacji, gdzie na Berta będzie czekała żona, Doris. Bert nie mógł doczekać się weekendu z rodziną. Przez cały tydzień harował jak wariat, był zmęczony. Miał zamiar odpocząć pod­czas długiej podróży pociągiem. Wybrał miejsce przy oknie i już otwierał gazetę, kiedy zatrzymał wzrok na kobiecie, która zamierzała przy nim usiąść. Nim z westchnieniem opadła na siedzenie, zdążył zauważyć jej figurę – smukłą, ale i krągłą. A gdy kobieta założyła nogę na nogę, przyjrzał jej się jeszcze uważniej. Ledwo pociąg ruszył, zwrócił się do niej i zobaczył cudowne, błękitne oczy zmrużone w uśmiechu, którym odpo­wiedziała na jego uwagę o pełnej niespodzianek podróży, w jaką wyruszają. Funkcjonowanie pociągów na tej trasie stanowiło obiekt wielu żarcików i kobieta zrewanżowała się dowcipną uwagą. Jechała o jedną stację dalej niż Bert i nie minęło pół godziny, a już gawędzili jak starzy przyjaciele.

Kiedy Bert wyskoczył z pociągu, by przywitać żonę ciepłym, serdecznym pocałunkiem i uściskać dzieci, w kieszeni miał już numer telefonu tamtej kobiety. W przyszłym tygodniu zje z nią lunch. Nie miną dwa tygodnie, a czwartkowy wieczór, kiedy to

Bert ponoć spotykał się z klientami, spędzą w łóżku w jej mieszkaniu. Czy tak oto rozpocznie się wielki romans, który w sercu Berta, oddanego męża i ojca, wzbudzi niepokój, gdyż może zagrozić trwałości jego związku? Nie. Bertowi podobała się ta kobieta, a seks z nią bardzo go podniecał, ale spotkali się jeszcze najwyżej dwa, trzy razy. ?Angażowanie się” było wbrew naturze Berta. Bert, naprawdę serdeczny, kochający swoją rodzi­nę człowiek, miewał takie romanse od początku małżeństwa.

Jest poniedziałek i Ben spogląda na telefon. Do kogo powi­nien zadzwonić? Z Myrą widział się w piątek, z Debbie w so­botę. Postanowił zatelefonować do Glendy. Kiedy odebrała, była wyraźnie zadowolona, że słyszy jego głos.

-     Cześć – zaczął – co słychać?

-      Jak spędziłeś weekend? – spytała.

Ben nie przepadał za tego rodzaju pytaniami.

-     A ty co robiłaś? – odbił piłeczkę, przenosząc rozmowę z powrotem na jej grunt.

Zaczęła dłuższą opowieść o wizycie siostry z dziećmi, czym śmiertelnie znudziła Bena, ale liczył, że w ten sposób Glenda nie wróci do pytania o weekend.

-     Mam tylko chwilkę. Przede mną fura roboty – wpadł jej w słowo. – Chciałem cię spytać, co robisz w środę.

-     Będę musiała posiedzieć trochę w pracy – odparła – ale powinnam się wyrwać koło dziewiątej.

-     Cóż, w takim razie może zjemy razem lunch – zaproponował.

-     Dobrze – przystała, ale w jej głosie wyczuł lekkie rozcza­rowanie.

-     Muszę lecieć. Więc umawiamy się na środę. Zadzwonię rano i powiem ci, gdzie.

W ten sposób ma z Glendą spokój do końca tygodnia. Postanowił zadzwonić do Lily. Nie widział jej od jakiegoś czasu. Może powinni się umówić na lunch. Lily ochoczo przyjęła zaproszenie. Następnie Ben zadzwonił do Myry i Debbie, by podziękować za wspaniałą sobotę i niedzielę. Po czym, zdąży­wszy jeszcze zwrócić uwagę na nową pracownicę, zajął się papierami na biurku.

Ben to nałogowy kobieciarz. W każdym miejscu, w każdej sytuacji rozgląda się za jakąś interesującą zdobyczą. Jego życie obraca się wokół grupki kobiet, z którymi jest związany. Nie­które pozostają, inne odpadają szybko zastępowane przez inne. Scenariusz jest zawsze ten sam: na początku Ben okazuje kobietom ogromne zainteresowanie. I wcale go nie udaje: na­prawdę bardzo go one pociągają. Dzwoni do nich codziennie. Regularnie się z nimi spotyka. Wkrótce kobiety, na których Ben skupił uwagę, zaczynają mu ulegać. Zakochują się. W końcu to czarujący, bardzo inteligentny, przystojny, pociągający mężczy­zna. I do tego obdarzony poczuciem humoru. W ten czy w inny sposób dają mu do zrozumienia, że bardzo go lubią. To, niestety, okazuje się początkiem końca.

Ledwo Ben nabierze pewności co do uczuć kobiety, jego stosunek do niej nieco się zmienia. Nęka go jakiś niepokój, rozdrażnienie, choć sam nie zdaje sobie sprawy z jego źródła. Zaczyna dostrzegać tu wadę, tam niedoskonałość, choć przed­tem nawet ich nie zauważył. Przypadkowo spotyka inną kobietę – na przyjęciu, w windzie, w samolocie czy gdziekolwiek: tam, gdzie go los rzuci w momencie kryzysu danego związku. Za­czyna się spotykać z tą drugą kobietą. Może również zadzwonić do jednej czy dwóch ostatnio nieco zaniedbanych przyjaciółek. Początkowe gorące zainteresowanie, dbałość o regularne kontakty zanikają choć Ben nie zrywa związku i zachowuje się, jak gdyby nigdy nic.

Teraz może upłynąć tydzień i dłużej, nim spotka się z poprze­dnią wybranką potem często mijają i dwa tygodnie bez randki, choć zdarzy się, że zaprosi ostatnią dziewczynę na drinka czy lunch. Przestaje dzwonić codziennie, najpierw przerwy są jed­nodniowe, potem się wydłużają do dwóch, trzech, nawet czte­rech dni. I nagle Ben znowu się pojawia. Słowem nie wspomni o swoim milczeniu. Gdy się spotkają, nadal okazuje jej zaintere­sowanie, ale teraz ona coraz częściej się zastanawia, czy on aby nie sypia z innymi. Sądzi, że tak. Zaczyna mieć obsesję na tym punkcie.

W końcu pyta go, co robi w tym czasie, gdy się nie widują. Ben udziela wymijających odpowiedzi. Jeśli kobiecie one nie wystarczają i dalej naciska, ogarnia go rozdrażnienie. Jedna z kochanek, z którą spotykał się w piątki, ale nigdy w sobotnie wieczory, w końcu zapytała, dlaczego nigdy nie widują się w soboty. Nie odpowiedział jej wprost, tylko stwierdził:

-     Cóż, jeśli wolisz spotykać się ze mną w soboty, niech będą soboty.

I zaczął umawiać się z nią na ten właśnie dzień tygodnia. Początkowo wydawało jej się, że odniosła zwycięstwo. Aż do chwili, gdy uświadomiła sobie, że już nie spotykają się w piątki.

W kobiecie, związanej z Benem, z tygodnia na tydzień nara­sta niepokój i poczucie zagubienia. Coraz silniej podejrzewa, że jej partner coś ukrywa i że spotyka się z innymi kobietami. Zaczyna się na niego skarżyć przyjaciółkom. Ma coraz gorsze przeczucia co do przyszłości tego związku, a w końcu obwinia sobie, bowiem dochodzi do wniosku, że gdzieś przegrała w ry­walizacji z tamtymi kobietami, które – jak sądzi – Ben przed­kłada nad nią.

W tym momencie uznaje, albo że to wszystko jest dla niej zbyt bolesne, albo że taki związek nie ma sensu i przestaje się spotykać z Benem, bądź krąży po jego orbicie, wiedząc, jak sprawy się mają i godząc się z tym, że nie jest jedyną kobietą w jego życiu. Zadowala się wspólnie spędzonymi czarującymi chwilami. Najgorszy spotka ją zawód, jeśli będzie uparcie wierzyć, że Ben się zmieni. Może również porzucić tę nadzieję i sama zacznie się spotykać z innymi mężczyznami. Może po­stanowić przestać sypiać z Benem, bowiem nie może się pogo­dzić z poligamicznym związkiem seksualnym, ale mimo to pozostanie w jego życiu jako platoniczna przyjaciółka. Bena otacza wiele przyjaciółek, byłych kochanek. Bowiem mimo tego fruwania z kwiatka na kwiatek, ogromnie trudno mu ostatecznie zerwać z kobietą. Lubi kobiety. Nie przepada za mężczyznami.

-      Mężczyźni za bardzo we wszystkim rywalizują – twierdzi.

Ben to imię, pod jakim ukrył się mężczyzna, który w wieku

trzydziestu siedmiu lat zdecydował się na terapię, gdyż uświa­domił sobie, że coś z nim nie w porządku – tak naprawdę nigdy nie związał się z żadną kobietą.

Oceniając Bena tylko zewnętrznie, nigdy byś nie zgadła, co wyszło po miesiącach terapii. Za tym przystojnym, dobrze ubranym, pozornie pewnym siebie mężczyzną krył się inny Ben – prawdziwy Ben – który wcale nie uważał siebie za takiego znowu wspaniałego. Co więcej, Ben nie wierzył, że rzeczywi­ście jest atrakcyjny i godny pożądania. Ponieważ czuł się gorszy od innych mężczyzn, unikał z nimi kontaktów. Uważając się za ?wybrakowanego”, nie dopuszczał do bliskich, głębokich związ­ków z kobietami, gdyż lękał się, że dostrzegą jego wady. Ben potrzebował stałego strumienia nowych podbojów seksualnych, bo tylko w ten sposób podbudowywał swoją wiarę w siebie, której tak rozpaczliwie potrzebował. Każda nowa kobieta dawa­ła ego Bena zastrzyk, jakiego nic innego nie mogło zapewnić. Jeśli zdobył uczucia kobiety i posiadł ją seksualnie, czuł się prawdziwym zwycięzcą: atrakcyjnym, pożądanym, wszech­władnym, męskim.

Niestety, to poczucie trwało bardzo krótko. Potem Bena znowu ogarniała niewiara w siebie i zaczynał szukać kolejnego potwierdzenia, że jest dobry czy wręcz cudowny, które zapew­niały mu niektóre kobiety – przynajmniej na początku. 1 choćby szczerze lubił daną kobietę – a przez te lata zebrał grono faworytek – zaczynał szukać kolejnej zdobyczy. Na dłuższą metę żadna nie potrafiła ofiarować tego przypływu pewności siebie, jakie dawał jedynie nowy podbój.

Motywacje, jakie kryją się za zachowaniem Bena, są typowe dla wielu kobieciarzy. Mężczyźni ci szukają potwierdzenia własnej wartości, a poprzez liczne związki osłaniają się przed bólem odrzucenia. Jeśli związałaś się z takim mężczyzną prze­konasz się, że potrafi cię doprowadzić do pasji, ale też i znisz­czyć. W końcu ty też możesz mieć wątłe ego i uważać jego zdrady za odrzucenie twej osoby. Jeśli jednak bardziej obiektyw­nie zastanowisz się nad tym, co prowokuje Bena (i Berta) do takiego postępowania, możesz sobie uświadomić, że tak napra­wdę to ogromnie smutne, że w głębi ducha czują się tacy słabi, sfrustrowani i pełni obaw.

Dla wielu takich mężczyzn uwodzenie kobiet nie stanowi jednego ze sposobów radzenia sobie z problemami. To nałóg.

Ponieważ to kobietom zawdzięczają przypływ wiary w siebie, podbój seksualny stał się dla nich tym, czym trunek dla alkoho­lika czy środki odurzające dla narkomana. Mężczyźni ci potrze­bują kobiet – nowych kobiet – tak bardzo, że trudno im – czy wręcz okazuje się to niemożliwe – zerwać z tym nawykiem.

Pewien czarujący trzydziestosześciolatek z Zachodniego Wy­brzeża mówił mi, że przez całe swoje dorosłe życie sypiał z coraz to innymi kobietami. Dzięki swojej pracy nieustannie stykał się z licznymi młodymi, ładnymi dziewczętami i bardzo łatwo mu przychodziło prowadzenie takiego trybu życia, póki nie zakochał się po uszy w pięknej, wysokiej blondynce.

-     Mam słabość do blondynek – wyznał z błyskiem w jasno­niebieskich oczach.

Przez dwa lata żyli ze sobą, aż wreszcie dziewczyna rzuciła go, gdyż zdradzał ją z innymi. Naprawdę ją kochał i błagał, by wróciła. Obiecał, że od tej pory dochowa jej wierności. I napra­wdę wierzył, że jest do tego zdolny.

-     Starałem się – wyjaśnił – a tu napatoczyła się kolejna ładna blondyneczka. Tym razem rzuciła mnie na dobre… Nadal szu­kam kobiety, która sprawi, że stanę się wiernym małżonkiem – wyznaje otwarcie.

I nie on jeden. Wielu kawalerów, którzy nie potrafią docho­wać wierności swym partnerkom, o tym marzy. Sądzą, że gdzieś na świecie żyje kobieta piękna i obdarzona dużym seksapilem, który sprawi, że przestaną ich pociągać inne. Nie dostrzegają, że związek z jedną partnerką nie jest czymś, co cudownie spada z nieba. Rodzi się on z głębokiej wewnętrznej potrzeby i umie­jętności zapanowania nad pożądaniem, które odczuwa każda aktywna seksualnie osoba.

Oczywiście zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z kruchego poczucia własnej wartości, lęku przed odrzuceniem i uzależnie­nia, jakie kryją się za ich związkiem z kobietami. Szukają racjonalnych tłumaczeń typu: ?Chcę użyć życia” czy ?Lubię kobiety, co w tym takiego strasznego?”

Raz po raz słyszę z ust mężczyzn stwierdzenie:

-     Kieruje mną wyjątkowo silny popęd seksualny.

I nawet nie przejdzie im przez myśl, że to wcale nie popęd płciowy nimi kieruje. Seks stanowi dla nich sposób uzyskania emocjonalnego zaspokojenia, które niewiele ma wspólnego z rozkoszą erotyczną, choć może decydować o ich stylu życia.

Jeśli przyjrzeć się bliżej temu problemowi, zdumiewa, że niektórzy wyjątkowo przystojni, interesujący mężczyźni są na­łogowymi kobieciarzami. Warren Beatty słynie z tego, że prze­chodzi przez Hollywood jak huragan, łamiąc kobiece serca, choć w życiu miewa partnerki, z którymi wiąże się na dłużej. Marlon Brando, Richard Burton, Frank Sinatra, Steve McQueen, Clark Gable, John Barrymore i Errol Flynn to kolejne przykłady doskonale znanych hollywoodzkich donżuanów, których wyczy­ny są powszechnie znane. Nie tylko blask sławy sprawia, że hollywoodzkim gwiazdom łatwo znaleźć kobiety gotowe ulec ich pochlebstwom, w każdym mieście spotkać można wytraw­nych uwodzicieli, którzy z powodzeniem oddają się swemu rzemiosłu. Wielu z nich jest żonatych, jak Bert podrywający w pociągu kolejną zdobycz.

Żonaci kobieciarze często już przed ślubem zdradzają swoje przyszłe małżonki. Bert na przykład w tajemnicy przed narzeczoną spotykał się z innymi kobietami. Wtedy usprawiedliwiał to konie­cznością rozładowania napięcia seksualnego, bowiem Doris była dziewicą i nie zgadzała się ?pójść na całość” przed ślubem. Mimo to nie minął rok ich małżeństwa, a Bert znowu zdradzał Doris.

Niektórzy mężczyźni dopuszczają się wiarołomstwa już w czasie miesiąca miodowego. Pewien architekt opowiadał mi o swojej podróży poślubnej, spędzonej na statku. Któregoś dnia w czasie gdy jego żona opalała się na jednym pokładzie, on na drugim pokładzie spółkował z dopiero co poznaną pasażerką.

Za to George, biznesmen z Toledo, poczekał nieco dłużej. Dopiero w dziesiątym roku małżeństwa zaczął serię przelotnych romansów. George, który podobnie jak Ben w końcu postanowił uporać się z tym problemem i zdecydował na terapię, opowie­dział mi swoją historię.

- Najpierw przez wiele lat koncentrowałem się na robieniu kariery – wyjaśnił. – Współżycie z żoną niezbyt mnie zadowa­lało, ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Żyłem jak każdy przeciętny obywatel. Ożeniłem się, miałem dzieci. Przeprowa­dziliśmy się do Arizony i zamieszkaliśmy we własnym domu. Obok nas mieszkała rozwódka. Często wieczorami we trójkę wypijaliśmy jakiś koktajl. Pewnego dnia żona wyjechała na tydzień do Maine, do rodziców, zabierając ze sobą dzieci. A ja nadal zaglądałem do sąsiadki na drinka i pewnej nocy wylądo­waliśmy razem w łóżku. Nie planowałem uwiedzenia jej. Nawet o tym nie myślałem. Nigdy przedtem nic takiego mi się nie przytrafiło – po prostu, tak wyszło. Uważałem wierność w mał­żeństwie za rzecz na tyle ważną, by nie szukać przyjemności na boku. Ale tak rzadko się kochaliśmy z moją żoną. I zachowy­wała się, jakby to był jej obowiązek. Zawsze robiliśmy to tak samo. Nigdy się nie zgodziła na zapalone światło. Po doświad­czeniu z rozwódką pomyślałem sobie: ?Hej, seks może być naprawdę przyjemny!” Była o wiele swobodniejsza niż moja żona. Od tamtej pory sam zacząłem szukać przygód. Ilekroć nadarzyła się okazja – na przykład w kontaktach służbowych – starałem się ją wykorzystać.

Wkrótce przenieśliśmy się do innego stanu. Trzy miesiące mieszkałem tam sam, w mieszkaniu służbowym, póki żona nie sprzedała naszego starego domu. Zacząłem się spotykać z mnó­stwem kobiet. Poznałem kilku mężczyzn. Szybko staliśmy się dobrymi kumplami. Oni też byli żonaci. Pierwszą znajomością okazał się pośrednik handlu nieruchomościami, który pokazy­wał mi domy. Chodziliśmy na drinka. W czasie pierwszej takiej wyprawy poznaliśmy kobietę i zrobiliśmy to razem, we trójkę. Potem jeszcze wielokrotnie się z nią spotykałem, już tylko we dwoje. A dalej samo poszło, jak lawina. Spotykałem następne kobiety. Przy każdej okazji rozglądałem się za nową zdobyczą. Wygląd mnie nie interesował, chodziło tylko o to, czy można z nią iść do łóżka. Mężczyźni, z którymi się przyjaźniłem, nie stronili od przygód i zawsze kręciło się wokół nich sporo chętnych panienek. Im bardziej w to wchodziłem, tym ważniej­szy stawał się dla mnie seks. Wszędzie go szukałem i pochła­niał coraz więcej mego czasu.

Jeśli kobieta się z tym godzi, niektórzy kawalerowie ugania­jący się za kobietami, tak jak Ben, potrafią utrzymywać dłuższe związki równolegle do innych, krótszych. W życiu Bena są obecnie dwie kobiety. Mężczyźni zaś tacy jak George czy Bert muszą ograniczać się do krótko trwających przygód, bardzo przelotnych związków. Innym mężczyznom z kolei wystarczają tylko dwie partnerki seksualne i potrafią oba te związki ciągnąć przez dłuższy czas. A jeszcze inni uważają że im więcej, tym lepiej i nieustannie dodają kolejne zdobycze do swojej kolekcji. Część mężczyzn, którzy nie potrafią dochować wierności, od początku stawia sprawę jasno, oświadczając, że monogamia to rzecz nie dla nich. Pewien kawaler, który mówi swoim partner­kom, że nie są jedyne, od pięciu lat regularnie spotyka się z pewną kobietą. Nie jest ona zachwycona tym stanem rzeczy, ale godzi się na taki charakter ich związku. Inni mężczyźni kłamią. Zachowują się, jakby każda ich partnerka była tą jedną jedyną. Oszukują bez zmrużenia oka.

Większość mężczyzn żyjących z wieloma kobietami mieści się gdzieś pośrodku tych kategorii. Ani nie kłamią, ani nie mówią prawdy. Stosują uniki. Dwudziestoośmioletni kawaler powtarza jak echo słowa, które usłyszałam z ust wielu wolnych mężczyzn:

- Po prostu pewne sprawy przemilczam – wyjaśnił. – Nie mówię kobiecie, że spotykam się z innymi albo że związałem się z inną. Staram się tego unikać. Ale ona wyczuwa, że nie jest jedyna. Właściwie decyzja należy do niej. Sam nie powiem, lecz gdyby prosto z mostu spytała, co robiłem danego dnia o danej porze, zapewne bym się przyznał.

Jeśli nałogowy kobieciarz jest żonaty, zapewne będzie się ograniczał do przelotnych związków bez głębszego zaangażo­wania. Żonaci mężczyźni wmawiają sobie, że ?chronią małżeń­stwo”, skoro w ich romansach ?chodzi wyłącznie o seks”. Ci mężczyźni dzielą swoje życie na dwa. Prowadzą dość przecięt­ne, normalne życie ze swoimi żonami. Dobrze wywiązują się z obowiązków rodzicielskich, nawet chodzą z rodzinami do kościoła. Ale poza domem nieustannie polują wszędzie rozglą­dają się za potencjalną kandydatką do uprawiania seksu. Mają ustalony rytuał przyciągnięcia jej uwagi, oczarowania jej, za­ciągnięcia do łóżka i porzucenia.

Tego typu mężczyznom zwykle wszystko kojarzy się z se­ksem. Doktor Patrick Carnes, specjalizujący się w leczeniu seksualnie uzależnionych osobowości, nazywa ich niewolnikami własnych myśli.

-     Każdy przechodzień, każdy związek, każda nowo poznana osoba jest oceniania przez pryzmat seksu – wyjaśnia.

-     Chyba za dużo myślę o seksie – zauważył Bert. – Wiecznie rozglądam się za nowym podbojem seksualnym, za nową sytu­acją w której mógłbym się sprawdzić.

W środowisku zawodowym ci mężczyźni zwykle nie różnią się od innych: tak samo ciężko pracują i tak samo się zachowują. Ale sekret, którego strzegą przed żoną w biurze może być sprawą powszechnie znaną. Na przykład sekretarka takiego mężczyzny będzie wiedziała, co się dzieje, bo będą do niego dzwonić różne kobiety albo on będzie do nich telefonował. Niektórzy mężczyźni dorobili się opinii biurowych rozpustników.

Wielu kobieciarzy szczyci się, że zawsze godzą pracę zawo­dową z bujnym życiem erotycznym. George tak opowiadał o swoich wyczynach z okresu małżeńskiego:

-     Te dwie rzeczy nigdy sobie nie przeszkadzały i zawsze bardzo dużo flirtowałem. Kiedy jednak spotkałem na gruncie zawodowym kobietę, która wydała mi się interesująca – na chwilę zapominałem o sprawach służbowych, poflirtowałem z nią i nie omieszkałem się umówić.

Wielu żonatych mężów szczyci się również tym, że rodzina zawsze stoi u nich na pierwszym miejscu.

-     Nigdy, przenigdy nie dopuściłem, by to w jakikolwiek sposób wpłynęło na moje życie rodzinne – stwierdził Bert. – Jeśli mam randkę, to w drodze z pracy do domu. Przynajmniej na początku było to czyste, niczym nie skażone spółkowanie. Albo jeśli się umówię, a w domu coś wyskoczy, odwołam randkę. Mam swoje zasady. Najpierw rodzina.

Jednak, aby to osiągnąć, wielu mężczyzn od samego począt­ku małżeństwa przyzwyczaja żony, że długo pracują albo że do późna mają spotkania służbowe.

Clark Gable to idealny przykład nałogowego uwodziciela, przynajmniej jeśli sądzić po faktach z jego życia, które Jane

Ellen Wayne podaje w książce Gable’s Women. Jako siedmio- miesięczne niemowlę stracił matkę. Do piątego roku życia, póki ojciec powtórnie się nie ożenił, pozostawał pod opieką dziad­ków. Macocha Clarka, która polubiła chłopca, próbowała wzbu­dzić u niego zainteresowanie literaturą muzyką, tańcem. Ojciec zaś, robotnik o surowych zasadach, w niedziele – jedyny dzień w tygodniu, który mógł poświęcić synowi – starał się dopilno­wać, by Clark nie wyrósł na ?babę”. Jeszcze na łożu śmierci wyrzucał synowi, że nie jest prawdziwym mężczyzną; ?Aktorzy to baby”, twierdził, nawet wtedy gdy Clark Gable stał się legendarną gwiazdą symbolem męskości. Clark przyznał, że nienawidził ojca.

Wczesne odrzucenie przez ojca, właściwie nie istniejąca męska obecność w domu i lęk, jaki w chłopcu wzbudzał ojciec, gdy już się pojawił – sprawiły, że Clark Gable do końca życia nie czuł się pewny swej męskości – choćby odgrywał na ekranie typ twardego, niezłomnego mężczyzny. Gdzieś w duszy Clarka pokutowało dzie­dzictwo ?baby”, którą tak straszył go ojciec. O jego problemach seksualnych wspominało wiele kobiet, które poszły z nim do łóżka, a mimo wszystko uważały, że nie sposób mu się oprzeć.

-     Nie ma na świecie mężczyzny, obdarzonego takim magne­tyzmem jak on – mówiła Joan Crawford. – Lecz nie był zadowalającym kochankiem.

-     W łóżku jest do niczego – zwierzyła się przyjaciołom Carole Lombard po zaręczynach z Gable’em – ale i tak go uwielbiam!

Jego uganianie się za kobietami – klasyczny przypadek mężczyzny o zachwianym poczuciu własnej wartości, który świat i siebie samego usiłuje przekonać o swej męskości – stało się niemal przysłowiowe. Słynął z przygód na jedną noc. Często odwiedzał wysokiej klasy burdel niedaleko wytwórni Metro- Goldwyn-Mayer. Miał liczne romanse z gwiazdami takimi jak Loretta Young oraz mniej słynnymi kobietami. Jedną z jego flam, która często dzieliła z nim łoże, była dość przeciętnie wyglądająca hollywoodzka pisarka.

Pewnego razu, gdy pokazano mu grupowe zdjęcie wszystkich najlepszych aktorek MGM, Clark uśmiechnął się i powiedział:

- Wszystkie są piękne. Miałem każdą z nich.

Jego romans z Joan Crawford zaczął się na samym początku jego kariery, kiedy Gable zjawił się w Hollywood, i przetrwał trzydzieści lat – przez jego cztery małżeństwa i jej kolejne związki.

Crawford potwierdzała, że Clark Gable miał kruche ego i nałogowo uwodził kobiety. ?…Nawet kiedy ożenił się z Carole [Lombard], którą kochał bardziej niż karierę, nieustannie lądo­wał w łóżku z inną kobietą. Na palcach można policzyć te, których nie miał.”

Clark mógł kochać kobiety, tak jak kochał Crawford i Carole Lombard, lecz żadnej nie potrafił dochować wierności.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.